Często mówię, że warto to robić. Rekomenduję taką postawę. Dlaczego? Bo sztuką trzeba się dzielić. Należy też dawać przykład, jak być kolekcjonerem. To nie tylko misja społeczna i odrobina egoizmu, łechczącego ego. To także przemyślane działanie, które powoduje, że zbiory zyskują na wartości.

Sztuka na pokaz – jak o niej mówić?

Trafiłam w sieci na bardzo ciekawy wywiad z Łukaszem Wiąckiem. To kolekcjoner młodej sztuki, który już od dłuższego czasu prezentuje swoje zbiory i kolejne nabytki na Instagramie. Robi to w autorski sposób. Pokazuje nie tylko sztukę jako taką, ale także jego własną kolekcjonerską osobowość, stosunek do twórczości artystycznej i posiadanych dzieł.

Wypowiedzi Łukasza Wiącka pod względem merytorycznym nie są dla mnie niczym nowym. Na kwestię upubliczniania zbiorów poglądy mam identyczne, dlatego czytanie słów młodego kolekcjonera sprawiło mi radość. Pozwolę sobie zacytować fragment wypowiedzi (z drobnymi skrótami), a po resztę tego obszernego wywiadu odsyłam na stronę http://www.wniedoczasie.pl.

„Z różnych powodów długo bałem się ujawnić to, że zbieram sztukę, ale uważam, że ona jest dla każdego. (…) Stwierdziłem, że jak będę miał te obrazy tylko u siebie w domu i w magazynie, to jest to wielka przykrość nie tylko dla artystów, innych ludzi, ale głównie dla tych obiektów. (…) Pokazałem ludziom, że jestem szaleńcem i zbieram sztukę aktualną. W momencie, gdy ujawniłem niewielki fragment zbioru na (…) Instagramie, spotkałem się z bardzo pozytywną reakcją ludzi i artystów. Z czasem, pojawiły się wiadomości z prośbami o kwerendę lub wypożyczenie, pochodzące od kuratorów przygotowujących wystawy. Sprawia mi ogromną radość, gdy to, co mam, opuszcza magazyn i prace, które pojawiły się w kolekcji, mogą stać się częścią jakiejś muzealnej lub galeryjnej narracji, prezentowanej na wystawie.”

Marketing po polsku

Sprawdźcie na Instagramie profile kolekcjonerów. Nie tylko Łukasza Wiącka. Jest ich dużo więcej w polskich social mediach. Stanowią świetny przykład na to, jak należy pracować z posiadanymi obiektami. Ta aktywność wydaje się po prostu kontynuacją kolekcjonerskiego hobby, czyli działaniem w skali mikro. A jak to wygląda w makroskali?

Na grudniowej aukcji w 2023 roku w Desie Unicum sprzedano obraz Wojciecha Fangora „M 39” za ponad 7,5 miliona złotych, licząc z opłatą aukcyjną. To rekord za pracę tego artysty, nie tylko na polskim rynku sztuki, ale też na światowym. Na tej samej aukcji inne dzieło Wojciecha Fangora – „M 58”, pochodzące z tego samego okresu twórczości artysty, wykonane w tej samej technice i mające ten sam format sprzedane zostało „tylko” za nieco ponad 3 miliony złotych. O co więc chodzi?

Zmuszona do odpowiedzi jednym zdaniem powiedziałabym, że o prowincję i marketing.

Obraz „M 39” powraca na rynek. Był wcześniej sprzedany w Desie Unicum za 4 720 000 zł w listopadzie 2018 roku. Od tego czasu osiągnął więc bardzo wysokie przebicie wynoszące 63%. Mówi się, że inwestowanie na rynku sztuki jest sensowne w okresie minimum 5 lat, ale najlepiej planować je na 10 lat i dłużej.

Co potwierdza ten rekord? Oczywiście fakt, że w sztukę warto inwestować. To jednak diagnoza powierzchowna. Przyjrzyjmy się bliżej temu co spowodowało, że ten, a nie inny „Fangor” jest światowym rekordem cenowym.

Jak padają rekordy aukcyjne?

Po pierwsze praca „M 39” faktycznie jest wyjątkowa. Artysta namalował ją w 1970 roku z przeznaczeniem na indywidualną wystawę w Guggenheim Museum w Nowym Jorku, gdzie faktycznie była prezentowana. Fangor w tym czasie tworzył w nurcie op‑artu. Najczęściej jego prace przedstawiają motywy koła lub fali. To także bardzo wysoko notowane na aukcjach obiekty. Jednak rozet, takich jak „M 39” artysta stworzył zaledwie kilka. Są unikatowe. Stanowią najbardziej charakterystyczny przykład koncepcji pozytywnej przestrzeni iluzyjnej.

Podobna do omawianej rozeta, w tym samym formacie, była już sprzedana na polskim rynku sztuki za 6,2 miliona. To obraz „M 22”, który poszedł pod młotek w grudniu 2020 r., także w Desie Unicum. Precedens więc już był. Znawców kolejny rekord aukcyjny nie zaskoczył.

Co jeszcze złożyło się na sukces „M 39”? Po pierwsze, pokazanie tego obrazu na aukcji odpowiednio dobranej tematycznie i w dobrym towarzystwie. Licytacja odbyła się pod hasłem „Op‑art i abstrakcja geometryczna”. Znalazło się na niej więcej prac Fangora, bo jeszcze trzy, a także wiele innych dzieł wybitnych twórców, stanowiących dla obrazu świetną otoczkę. To jednak do końca nie wyjaśnia różnicy w cenie pomiędzy „M 39” a „M 58”.

Oczywiście „M 58” to nie rozeta. Poza tym jest namalowana w dość mdłych kolorach, nie ma takiej magii przyciągania, jak jej droższa kuzynka. Czy tylko kolorystyka zaważyła na ponaddwukrotnej różnicy w cenie, skoro inne parametry – nowojorska wystawa, data powstania, format i technika są niemal takie same? Otóż nie.

Sztuka na pokaz, czyli obrazy-ikony

W ciągu ostatniego 1,5 roku „M 39” wychodził nawet „z lodówki”. Stał się ikoną. Obraz został zaprezentowany na trwającej 5 miesięcy, respektowanej, świetnie kuratorsko przygotowanej wystawie monograficznej artysty w Muzeum Narodowym w Gdańsku – Oddział Sztuki Nowoczesnej (Pałac Opatów w Oliwie). Zdobił plakaty promujące tę wystawę, okładkę katalogu i wszystkie niemal informacje medialne na temat ekspozycji. Hipnotyczne walory rozety spowodowały, że fotografowali się na jej tle wszyscy widzowie wystawy, w tym wielu mających duże zasięgi influencerów i instagramerów. Ekspozycja osiągnęła medialny sukces niemal porównywalny do nieco późniejszych pokazów prac Tamary Łempickiej. Sednem tego sukcesu było „M 39”, które pojawiało się naprawdę wszędzie. Ze swoją barwą i formą przedarło się do świadomości osób zupełnie niezainteresowanych sztuką i mających niewielkie pojęcie o twórczości Fangora.

Czy więc opłaca się promować prace ze swojej kolekcji, pokazywać je w social mediach i udostępniać na wystawy? Czy kolekcjoner powinien pracować z posiadanymi obiektami i dzielić się nimi z publicznością i środowiskiem muzealników? Pytanie wydaje się być retoryczne.

Czytaj również pozostałe felietony autorki: Z nożem na obraz

Agnieszka_Gniotek_xanadu