W najnowszym raporcie KPMG „Rynek dóbr luksusowych w Polsce. Luksus w niepewnych czasach” dzieła sztuki nie znalazły się w kręgu dóbr luksusowych kupowanych przez Polaków. Nie dlatego, że sztuki nie kupujemy lub nie wydajemy na nią znacznych kwot. Nie znalazły się, ponieważ bardzo trudno byłoby ująć wydatki na dzieła sztuki w raporcie tego typu.
Wydatki na sztukę
Na rynku sztuki tylko niewielka ilość transakcji zawierana jest w ramach publicznych aukcji. Większość to sprzedaże galeryjne i prywatne – pomiędzy kolekcjonerami. Trudno jest więc określić wielkość obrotu. Szacuje ją portal artinfo.pl w dorocznych raportach, ale dane, jakie uwzględnia, dotyczą tylko aukcji. To niezbyt reprezentatywny wycinek.
Aktywa netto powyżej 1 miliona dolarów posiada w Polsce 100 tys. osób. To prawie 10% więcej niż rok temu. Dwa miliony osób przekroczyło dochody pierwszego progu podatkowego. Ta informacja robi wrażenie, dopóki nie uświadomimy sobie, że już zarobki na poziomie 7100 zł brutto plasują nas w drugim progu. Jeśli jesteś singlem w Warszawie, wynajmującym mieszkanie, to z taką pensją czujesz się wręcz ubogo. Miejsce zamieszkania i koszty życia mają tu ogromne znaczenie.
Pomiędzy podatnikami zaliczanymi do drugiego progu podatkowego a osobami o dochodach przekraczających milion dolarów mamy w Polsce duże grono ludzi wystarczająco zamożnych, aby kupować dobra premium. Na co przede wszystkim wydają oni pieniądze według raportu KPMG? Całkowita wartość rynku dóbr luksusowych w naszym kraju wzrosła w 2022 roku o 18,9% (licząc rok do roku) i osiągnęła wartość 37 mld zł. Nabywamy przede wszystkim samochody, odzież i akcesoria premium, nieruchomości, wydajemy pieniądze również na luksusowe hotele i SPA, a także alkohole.
Rynek dóbr luksusowych w Polsce
Choć segment dóbr luksusowych w 2022 roku przekroczył poziom sprzedaży sprzed pandemii, różnica wielkości tego rynku w Polsce i największych krajach zachodniej Europy pozostaje ogromna. To skłania do refleksji, że przestrzeń do dalszej ekspansji tego sektora w naszym kraju jest bardzo duża.
Ilu naprawdę bogatych Polaków inwestuje w sztukę i ilu jest kolekcjonerami? Nie wiemy tego dokładnie, lecz wydaje się, że ciągle niewielu. W przeciwieństwie do krajów rozwiniętych, posiadanie dzieł sztuki nie jest u nas jeszcze powszechnie rozpoznawalną oznaką prestiżu i statusu. Kiedyś odwiedziła moją galerię bardzo zamożna kobieta. Porozglądała się po ścianach, porozmawiała chwilę o sztuce i westchnęła: „Piękne ma pani tutaj obrazy. Bardzo mi się podobają. No, ale w obraz to ja się nie ubiorę”. To zabawna anegdota, lecz prawdziwa. Ilustruje podejście osób dysponujących środkami finansowymi, które chcą je wydawać jedynie na dobra jednoznacznie postrzegane jako prestiżowe. Ale… to się zmienia.
Sztuka w Polsce nie jest droga
Sztuka w Polsce nie jest droga. Tak generalnie. Obraz zamydlają nam rekordy aukcyjne, silnie nagłaśniane przez media. Są one jednak tylko czubeczkiem ogromnego rynku. Rynku, na którym można kupować dzieła młodych artystów, a także sztukę żyjących nestorów naszej sceny artystycznej za kilka, kilkanaście lub kilkadziesiąt tysięcy złotych. Rynku, gdzie kolekcjonuje się grafikę, prace na papierze i design w przystępnych cenach. Wiedzą to osoby uczestniczące w aukcjach młodej sztuki i sztuki współczesnej. Kupują ci, którzy chcą otaczać się pięknymi przedmiotami, ale też osoby, które – zwłaszcza w dobie inflacji – chcą mądrze zainwestować posiadane środki. Także przedsiębiorcy, którzy wiedzą, że wygląd siedziby firmy, podkreślony dziełami sztuki, buduje ich zawodowy prestiż.
Prace kupione dziś mogą w przyszłości okazać się bardzo zyskowną inwestycją. Nie każdy obraz czy rzeźba, ale wiele z nich. Przy wyborze odpowiednich dzieł przyda się autonomiczny gust, wiedza, trochę czasu i uważności oraz właściwy doradca. Klątwą marszandów jest dobre doradzanie klientom i zapominanie o sobie. Sama mam na koncie takie wpadki, kiedy wiedziałam, że inwestycja jest „pewniakiem”, jednak swoich pieniędzy nie wydałam. Przyznaję się do tego otwarcie. Także po to, by pokazać potencjalnym kolekcjonerom i inwestorom mechanizmy rynkowe, które są przesłankami do sensownych zakupów.
Przegapione okazje
Na początku lat dwutysięcznych przygotowywałam konkurs „Obraz Roku” dla nieistniejącego już miesięcznika „Art&Business”. Kończył się on aukcją, organizowaną we współpracy z domem aukcyjnym Rempex. Nie kupiłam na niej obrazu Wilhelma Sasnala. Był dużych rozmiarów: 100 x 150 cm. Sasnal był już prezentowany przez Raster. Cena wywoławcza wynosiła 1500 zł, a obraz – o ile pamiętam – w ogóle nie został sprzedany. Mnie się nie podobał! Fakt, że inni kolekcjonerzy też nie dostrzegli jego walorów nie stanowi pocieszenia.
Mniej więcej w tym samym czasie odwiedziłam Ukrainę. Zwiedziłam liczne muzea, przede wszystkim biograficzne, poświęcone artystom. Ich ekspozycje składały się z dokumentów i reprodukcji. Dzieł w zbiorach nie było. Było natomiast oczywiste, że ukraińscy kolekcjonerzy z pobudek patriotycznych będą kupować prace swoich twórców narodowych. Także w Polsce. Obrazy jednego z najwybitniejszych Ukraińców parających się pędzlem – Iwana Tusza, kosztowały wtedy ok. 1000–1500 zł. Wiedziałam, że należy je kupować. Nie kupiłam.
Trzeci przypadek. Nieco późniejszy. Sprzed 15 lat. Pracując dla portalu rynku sztuki artinfo.pl przygotowywałam internetową aukcję prac na papierze Wojciecha Fangora. We współpracy z Galerią Stefana Szydłowskiego wystawiliśmy 10 obiektów. Był wśród nich nawet projekt obrazu ze zbiorów Muzeum Sztuki w Łodzi. Prace kosztowały 2500–2900 zł w zależności od formatu. Powinnam kupić. Nie kupiłam. Nikt nie kupił. Żadna z prac się nie sprzedała. Dziś na takie „papierki” Fangora trzeba wydać 40-50 tys. zł.

Efekt potwierdzenia
Po ostatniej Aukcji Młodego Malarstwa i Rzeźby w Xanadu podeszła do mnie kolekcjonerka, która wcześniej licytowała osobiście będąc na sali. Nie kupiła żadnej z upatrzonych prac. Ceny, jakie zostały osiągnięte na licytacji, przerosły jej możliwości finansowe. Była jednak zadowolona, bo jak mi powiedziała, widzi, że obrazy, które wybiera, budzą też zainteresowanie innych kolekcjonerów. Jej zdaniem świadczy to, że ma dobry gust i stawia na właściwe dzieła.
Nie oceniam tu gustu. Opisany mechanizm nie stanowi jednak odpowiedniej miary, by określać jakość swoich wyborów. To tak zwany błąd konfirmacji, inaczej nazywany efektem potwierdzenia. Polega na tym, że zamiast dążyć do odkrycia obiektywnej prawdy, usilnie poszukujemy argumentów na potwierdzenie tego, w co już wierzymy. W tym wypadku swoich preferencji kolekcjonerskich. Na aukcjach klienci często kupują dokładnie to, co inni. Ponadto, wiedzę czerpią tylko z notowań aukcyjnych, a nie z pism i portali o sztuce czy oglądanych wystaw. W efekcie nabywają to, co wszyscy i przez to kupują drogo. Niekoniecznie też najlepsze artystycznie prace. Do czego to prowadzi? Do niekupowania Fangora, kiedy inni go nie licytują.

Agnieszka Gniotek
właścicielka Galerii Xanadu, www.galeriaxanadu.pl
Od 20 lat związana zawodowo ze sztuką, zaś od dekady z rynkiem sztuki. Jest historykiem i krytykiem sztuki, kuratorem wystaw, jurorem konkursów, a także wykładowcą w zakresie tematyki związanej z kolekcjonowaniem i rynkiem sztuki. Publikowała w takich mediach, jak: Art&Business, Puls Biznesu, Modern Art, Sztuka.pl, Private Banking, Cash Magazine.
Przeczytaj także: Sztuka zdrożeje dzięki sztucznej inteligencji
































