Ciekawe są też dwa inne pytania. Jak długo to potrwa? Co będzie później? Postaram się opisać zjawisko i odpowiedzieć na powyższe pytania. Kryzys ekonomiczny związany z pandemią jest nietypowy. Poza ewidentnymi czynnikami gospodarczymi, dochodzą też polityczne. W efekcie, to co się dzieje w gospodarce to wypadkowa ekonomii i psychologii społecznej. Każda z tych dziedzin odciska silne piętno na rynku sztuki. W 2020 r. obroty rynku sztuki wyniosły ponad 380 milionów złotych. To, w stosunku do obrotów rynków rozwiniętych np. w USA, Niemczech, Francji czy Hiszpanii, ciągle mało. Jest to jednak o 29% więcej niż w roku poprzednim. Rynek sztuki w Polsce jest rynkiem małym i stale rosnącym. W poprzednich latach, a nawet dekadach, każdy rok pod względem obrotów był lepszy od poprzedniego. Jednak nie o tyle. Taki skok procentowy jest oczywiście wynikiem kryzysu na rynkach finansowych i szerzej pojętego globalnego kryzysu ekonomicznego.

Co ważne, na rynku sztuki rosną nie tylko obroty, ale też inne parametry. Kwotowo obroty w stosunku do roku 2019 wzrosły o 85 milionów złotych. Dużo. Nigdy wcześniej aż takiego wzrostu na polskim rynku sztuki nie było. To pokazuje, że jest on silny i zdecydowanie zwyżkujący. Kwestia ta jest istotna, bo po okresie rekordów przyjdą lata może nie tyle chude, co zdecydowanie szczuplejsze. Mocny rynek przetrwa, co daje gwarancję dla obecnie kupujących dzieła sztuki.

W 2020 r. przeprowadzono aż 467 aukcji, na których zawarto rekordową liczbę 21.942 transakcji. W tej liczbie aż 97 licytacji odbyło się w zakresie młodej sztuki, z pracami licytowanymi w niskich cenach wywoławczych, zaczynających się na poziomie 1.000–1.500 zł. To oznacza, że na rynku sztuki pojawiło się wielu nowych klientów. Część z nich zrobiła zakupy incydentalnie, większość jednak na tym rynku zostanie na długo. Kupowanie dzieł sztuki jest wciągające. Dla inwestorów – z racji na zyski, dla kolekcjonerów – jako rozwijanie pasji i pogłębianie swojej wiedzy, ale też jako narzędzie marketingu w przypadku budowy kolekcji firmowej, a dla osób, które urządzają swoją przestrzeń domową czy biurową jest to zmiana jakości otoczenia, o której się nie zapomina.

Wielomilionowe rekordy w 2020 roku padały w zasadzie od początku pandemii. Już w marcu w Polswiss Art praca Jacka Malczewskiego sprzedana zastała za 3 068 000 zł (z opłatą aukcyjną). Najdrożej sprzedana praca ubiegłego roku to „M 22” Wojciecha Fangora. Rekord padł w Desie Unicum w grudniu za 7 316 000 zł (z opłatą aukcyjną). Rekordowe obroty aukcyjne oczywiście zanotowano też w końcu roku. Jak zawsze w tym czasie odbyły się aukcje o najwyższych rocznych osiągach: 8 grudnia w Polswiss Art – 24 359 920 zł i w Desie Unicum 10 grudnia – 22 894 360 zł. Tak też układa się czołówka polskich domów aukcyjnych. Na pierwszym miejscu z 53% udziału w rynku Desa Unicum, na kolejnym miejscu Polswiss Art – 18,3%, a na trzecim Agra Art z 9,3% udziału. Czy to najlepsze domy aukcyjne? Można tak powiedzieć, bo takie wyniki aukcyjne biorą się ze sprzedaży najlepszych obiektów będących w obrocie. To znaczy, że sprzedający zaufali właśnie tym firmom. Oznacza to też, że sprzedaże tam są wysokie kwotowo, więc na okazyjne zakupy raczej nie ma co liczyć. Licytacja licytacji nie równa i u liderów rynku często jest drożej niż gdzie indziej.

Wróćmy jednak do pytań, które postawiłam na początku tego felietonu, a które nurtują pewnie wielu czytelników. Skąd takie ożywienie na rynku sztuki, ile ono potrwa i czym się ten bieg po rekordy skończy. Przyczyny hossy na rynkach dóbr alternatywnych są przede wszystkim natury ekonomicznej. Inwestycje alternatywne nie są powiązane z rynkiem inwestycji finansowych. Inwestorzy „uciekają” z pieniędzmi z obszaru finansów w czasie niepewnym. Drastycznie spadły stopy procentowe, więc lokaty bankowe nie mają już sensu. Podobnie dochód z innych instrumentów finansowych. Giełda jest niepewna, a w Polsce także mała, więc jej koniunktury są trudne do przewidzenia. Nieruchomości, mimo kryzysu drożeją, co zresztą jest normalne, natomiast nie przynoszą natychmiastowych zysków z najmu, co normalne już nie jest. To podstawowe przyczyny, dla których inwestorzy koncentrują się przede wszystkim na rynku sztuki. Do tego dochodzą jeszcze liczne aspekty związane z zasadami życia bieżącego. Prawie w ogóle nie wydajemy na podróże, nie wydajemy też na stroje i restauracje. Rozsądniej kupujemy dobra luksusowe ulegające zużyciu, takie jak samochody czy markowa odzież. Chętniej wydajemy na biżuterię, zegarki czy właśnie sztukę. Poza tym złotówka straciła na wartości w stosunku do euro i dolara. Polska sztuka ma wysoką jakość, a na tle sztuki światowej jest tania, pojawili się więc kupujący z zagranicy.

Kolejne powody są już natury bardziej psychologicznej. Nasze mieszkania przestały być już tylko norkami do spania. Spędzamy w nich dużo czasu i zaczynamy rozumieć, że wygląd przestrzeni wpływa na nasze samopoczucie, koncentrację czy optymizm. Zaczynamy lepiej urządzać wnętrza, a tym samym kupować też sztukę. No i ostania kwestia – zwyczajnie się nudzimy, a emocje związane z licytacją aukcyjną rozpraszają tę nudę skutecznie.

Ile potrwa jeszcze ta koniunktura na rynku sztuki? Mogą ją powstrzymać dwa fakty. Po pierwsze: drastyczne zubożenie społeczeństwa, połączone z ogólną atmosferą przygnębienia. To musiałyby być kryzys bardzo głęboki. W kryzysie zawsze następuje dodatkowe rozwarstwienie społeczeństwa. Bogaci bogacą się jeszcze bardziej, a biedni popadają w straszną biedę. Czy nam to grozi? Być może.

Tu wiele leży w sferze polityki. Polak potrafi i wiele firm zwinnie przystosowało się do nowych warunków. Liczne branże nie podniosą się jednak przez dekadę, a szybkość wychodzenia z kryzysu zależy przede wszystkim nie od rozprzestrzeniania się wirusa i zaszczepienia populacji, a od decyzji „na górze”. Jeśli więc przydarzy nam się kryzys na poziomie kompletnej zapaści ekonomicznej, to rynek sztuki też stanie. Oby nie. Drugi powód powstrzymania hossy na rynku sztuki jest przeciwny. Zaczniemy powoli, ale jednak wychodzić z kryzysu i będziemy zapewne znowu inwestować w firmy i „przejadać” kapitały na konsumpcję bieżącą. Hossa na rynku sztuki nie może trwać wiecznie. Porównując bieżącą sytuację do kryzysu lat 2008–2011 możemy przyjąć, że potrwa jeszcze na pewno rok, a może nawet dwa lata. Oby zakończenie tej świetnej koniunktury miało związek z wychodzeniem z ogólnego kryzysu.

Nasuwa się pytanie, co potem. Na czym będzie polegać bessa rynku sztuki. Otóż nie ma takiego pojęcia. Bessa to gwałtowne załamanie koniunktury, a rynek sztuki takich załamań nie notuje. Natomiast faktem jest, że po okresie hossy nastąpi kilka lat, zapewne dwa do trzech, kiedy odnotujemy spowolnienie. Nie nastąpi spadek cen. Co najwyżej korekta o jakieś 10–15% w segmentach tej sztuki, której popularność jest wynikiem mody i sprawnego marketingu, a nie prawdziwych wartości. Ci, którzy inwestują w „pewniaki” nie stracą ani złotówki. Natomiast będzie znacznie trudniej wyjść z inwestycji. Po prostu będzie to trwało dłużej. Nie miesiąc, a kilka miesięcy, może nawet rok. Mądra inwestycja na rynku sztuki to taka z horyzontem czasowym powyżej 5 lat, a najlepiej jeszcze dłużej. Inwestorzy kupujący dzieła według takiej koncepcji nie stracą na pewno. Nie stracą też ci, którzy obecnie nabywają sztukę do wnętrz, bo przyświeca im inny cel. Ostrożnie powinni dokonywać transakcji kolekcjonerzy, tak aby nie przepłacać, nie dać się ponieść emocjom. Dla nich natomiast jest to też świetny okres, bo na rynku pojawiają się dzieła od lat niewidziane, które można nabyć włączając do kolekcji. Słowem, dzieła sztuki warto kupować zawsze, a w kryzysie szczególnie.

Czytaj także: Sprzedawaj w ciekawych czasach

Agnieszka Gniotek właścicielka Galeria Xanadu

Agnieszka Gniotek
właścicielka Galerii Xanadu
www.galeriaxanadu.pl

Od 20 lat związana zawodowo ze sztuką, zaś od dekady z rynkiem sztuki. Jest historykiem i krytykiem sztuki, kuratorem wystaw, jurorem konkursów, a także wykładowcą w zakresie tematyki związanej z kolekcjonowaniem i rynkiem sztuki. Publikowała w takich mediach, jak: Art&Business, Puls Biznesu, Modern Art, Sztuka.pl, Private Banking, Cash Magazine.