Na pierwszy ogień idzie efekt Diderota. Czym jest? Zacznijmy od tego, kim był Diderot. Zapewne to wiecie, ale nie zawadzi przypomnieć.

Efekt Diderota, czyli kogo?

Otóż Denis Diderot to francuski pisarz, krytyk literacki i filozof doby oświecenia. Żył we Francji w XVIII w. i był, jak to zazwyczaj bywa z ludźmi kultury, biedny jak mysz kościelna. Mimo to zgromadził pokaźną bibliotekę. Jego księgozbiór imponował wszystkim ówczesnym intelektualistom europejskim, a zwłaszcza tym, którzy chcieli za takich uchodzić.

W gronie osób przepełnionych aspiracjami do kultury była caryca Rosji Katarzyna II. Było ją stać na wiele, żeby nie powiedzieć – na wszystko. Nie zawahała się więc i odkupiła od Diderota jego pokaźną bibliotekę. Pisarz zrobił interes życia i nagle stał się osobą zamożną. Niestety, nieco od tej zamożności zgłupiał. Najpierw kupił sobie elegancki szlafrok, bo w owym czasie modny intelektualista przechadzał się po domu właśnie w takim ubraniu. Potem zauważył, że jego łachmany nie licują z wytwornym strojem. Stopniowo wymieniał coraz więcej rzeczy, by pasowały do siebie. Stare krzesło zamienił na fotel obity marokańską skórą. Biurko zastąpił drogi stół, a chodnik – dywan prosto z Damaszku. Nad kominkiem umieścił lustro, dostawił zegar, rzeźby i tak dalej.

Czy grozi nam efekt Diderota?

Diderot uruchomił destrukcyjny mechanizm konsumpcjonizmu, który doprowadził go w końcu do biedy i długów. Dążenie do spójności estetycznej pogrążyło go finansowo. Całą sprawę, już po fakcie i dogłębnej analizie (wszak był myślicielem), opisał w dziele „Żale nad starym szlafrokiem”. Stąd znamy tę historię.

Efektem Diderota nazywamy pogoń za nadmierną konsumpcją, która w szczególny sposób powiązana jest (choć nie musi być) z modą i aranżacją wnętrz. Tu pojawia się sztuka. Czy można ulec efektowi Diderota kupując obrazy i rzeźby? Oczywiście! Nie ma w tym jednak nic złego. Kupowanie dzieł sztuki to nie czcza konsumpcja, a inwestycja materialna i w kapitał kulturowy. Przy okazji kolekcjonowanie wpływa też na nasze otoczenie. Obecność prac artystów obnaża estetyczne niedostatki domowych pieleszy, co często pociąga za sobą rearanżację albo remont wnętrz. Jednak otaczanie się pięknem jest słuszne pod każdym względem. Wpływa na nasz psychiczny dobrostan i buduje prestiż w oczach znajomych. To coś więcej niż wydatki na fatałaszki i szlafroki. To misja i mecenat.

Przeczytaj również: Z nożem na obraz

Syndrom Stendhala nie dotyka każdego

Często powtarzam, że otaczanie się sztuką pozytywnie wpływa na naszą kondycję psychiczną. Czy można z tym przesadzić? Wydawałoby się, że nie, a jednak… Syndrom Stendhala nie dotyka każdego z nas. Nie jest też chorobą czy cechą permanentną. Ja doświadczyłam go raz w życiu, kiedy po praz pierwszy oglądałam zbiory National Gallery w Londynie.

W pamiętnikach z 1817 r. Stendhal opisał słabość, której doznał w trakcie zwiedzania galerii Uffizi we Florencji. Odwiedził też grób Dantego i obejrzał Dawida Michała Anioła. Po tych wrażeniach kilka dni spędził w łóżku z gorączką i gwałtownym kołataniem serca. Stąd syndromem Stendhala nazywamy zaburzenia przejawiające się przyśpieszonym biciem serca, zawrotami głowy, dezorientacją, a nawet halucynacjami, które powstają u ludzi na widok dzieł sztuki i zabytków licznie zgromadzonych na małej przestrzeni. Na poziomie medycznym syndrom nazwała w 1979 r. Graziella Magherini, włoska lekarka zajmująca się psychiatrią. Praktykowała we Florencji i zauważyła, że wielu jej pacjentów ma objawy wynikające z nadmiernego obcowania ze sztuką i pięknem.

Czy na syndrom Stendhala jest lekarstwo? Oczywiście, ale nie w postaci pigułek. To praktyka. Należy często, systematycznie, ale na początku w małych dawkach, otaczać się sztuką. Najlepiej, aby były to dzieła różnorodne, także współczesne. Z pracami artystów jest jak z pikantnymi potrawami. Przyzwyczajamy organizm do coraz większych dawek. Po jakimś czasie jesteśmy gotowi na papryczkę Carolina Reaper, a także zwiedzanie Luwru czy berlińskiej Wyspy Muzeów.

Oszust uprzykrza życie kolekcjonerom

Na koniec oszust, bo i on uprzykrza życie kolekcjonerom. Chodzi o odczuwane przez nas zjawisko psychologiczne, polegające na braku wiary we własne kompetencje. Uznani eksperci, którzy mają dowody potwierdzające ich biegłość w danej dziedzinie, jednocześnie są przekonani, że oszukują innych i nie zasługują na sukces, jaki osiągnęli. Tom Hanks, który dwa lata z rzędu zdobywał Oscara za najlepszą rolę męską w „Filadelfii” i „Forreście Gumpie”, na pytanie dziennikarzy o to, co sprawiło, że jest tak fenomenalnym aktorem powiedział, że nim nie jest, że po prostu miał szczęście.

Obawa przed uznaniem za niekompetentnego to lęk numer jeden w gronie wyższej kadry zarządzającej. Kolekcjonerzy, inwestorzy i osoby kupujące dzieła sztuki to najczęściej ludzie, którzy osiągnęli sukces w biznesie i doszli do niego dzięki własnemu profesjonalizmowi, a nie przypadkowi. Ta grupa z syndromem oszusta zmaga się codziennie. Nie tylko w zakresie pracy zawodowej, ale też kolekcjonerskiej pasji. Nawet jeśli mamy liczne dowody na to, że nasz gust jest dobry i potrafimy wybierać dzieła artystów, których jednocześnie ceni krytyka i obdarza uznaniem świat sztuki, i tak często wahamy się dokonując kolejnych wyborów. Nawet jeśli wiemy, że nasze decyzje są słuszne i profesjonalne, boimy się oceny ze strony innych, którzy często takich kompetencji i obycia w świecie sztuki nie mają.

Cieszmy się sztuką

Wielokrotnie sprzedawałam kolekcje kupione kilkanaście lat wcześniej przez moich klientów. Transakcje dawały duży zysk, więc gratulowałam „nosa do sztuki” i świetnych wyborów w czasach, kiedy autorzy sprzedawanych prac nie cieszyli się jeszcze uznaniem, a ich dzieła były tanie. W odpowiedzi słyszałam, że moi rozmówcy swoich kolekcjonerskich decyzji nie traktowali i nie traktują poważnie, że to wszystko nie jest wynikiem wiedzy, gustu i umiejętności wypatrzenia dobrej sztuki, lecz przypadku, szczęścia, zbiegu okoliczności.

Takie umniejszanie własnych dokonań to właśnie syndrom oszusta. Odbiera nam poczucie sukcesu i satysfakcji, zarówno z osiągnięć zawodowych, jak i wyborów w zakresie sztuki. Utrudnia proces decyzyjny. Pozbawia nas dumy z posiadanej kolekcji, a tym samym prestiżu. Syndrom oszusta uniemożliwia kolekcjonerom „chwalenie się” zbiorami i często jest przyczyną braku kontaktu z innymi miłośnikami sztuki – z lęku przed porównaniem.

Wnioski na koniec? Efekt Diderota, syndrom Stendhala i oszusta… Wszystkim mówimy nie. Tak po prostu. I cieszymy się sztuką.

Agnieszka_Gniotek_wlascicielka Xanadu

Zobacz również: Sztuka zdrożeje dzięki sztucznej inteligencji