Michał Jackowski: Nie miej mylnego wrażenia, że ten warsztat to tylko moja zasługa. Najpierw pracował tu dziadek, potem ojciec prowadził farmę drobiarską. Często mu pomagałem. To była ruina, stos betonu, który należało ucywilizować, wpuścić trochę światła. Zorganizowałem pracownię, miejsce na piec, niezbędne maszyny, warsztat i magazyny, gdzie leżą sztabki brązu oraz tony kamienia. Mam czterech pracowników, którzy – niczym włoscy artigiani – pomagają mi na tym etapie prac, gdzie ręka artysty jeszcze nie jest potrzebna. Czasami czuję się jak kompozytor, a czasami jak dyrygent orkiestry.
Anna Lewczuk: Często podkreślasz, że rzeźbisz po to, żeby dowiedzieć się czegoś o sobie, ale przecież każdy z nas był rzeźbiony przez jakiś czas w dzieciństwie. To miejsce, to ważna część Twojej historii…
Michał Jackowski: To prawda. Czasami niesiemy jakieś obciążenie, a czasami dostajemy prezent. Niekiedy najpierw trzeba się oskrobać z dziedzictwa, ale bywa, że od razu można budować po swojemu.
A jak było u Ciebie?
To jest pytanie o figurę ojca, moim zdaniem bardzo ważną w odniesieniu do kwestii duchowych. Matka kojarzy się z miłością bezwarunkową. Na miłość ojca zazwyczaj trzeba zasłużyć.
Czy to się już nie zmienia?
Każdy chce usłyszeć od ojca – kocham cię. To jest jak Antique Games, odwieczna gra. Od matki nie musisz, bo zazwyczaj to czujesz. Wiedzieliśmy, że tata nas kocha, choć był nieśmiały i trzeba to było z niego wyciągnąć.
Jako ojciec siódemki dzieci z pewnością jesteś wrażliwy na ich potrzeby.
Michał Jackowski: Wiele się tu działo w miarę jak dorastały. Zorganizowałem na ich potrzeby m.in. szkołę tańca i klub łuczniczy. Grał dla nas nawet José Torres, a taksówkarze jadąc do naszego domu nieraz żartowali, że wożą gości do dyskoteki. Od 8 lat działa tu również Klub Ojców, którego jestem założycielem. Dostaliśmy za tę działalność Nagrodę Prezydenta RP. Ostatnio rozmawialiśmy na temat życiowej misji. Staram się często wracać do pytania o to, co robię w życiu.
Jesteś przecież rzeźbiarzem.
Zazwyczaj ludzie zmieniają zawody. Jednak istotniejsze jest, żeby wiedzieć, jak to, co robisz, zmienia życie innych. Jeden z ojców powiedział: pomagam dzieciom mieć piękne sny. Jak to robi? Jest pisarzem i pisze książki dla dzieci. Odnalazł własną misję.
Co jest zatem Twoją misją?
Czuję, że jest nią łączenie i inspirowanie ludzi. Wzbudzanie w nich refleksji. Zależy mi na tym, żeby poruszać ludzkie myśli i kierować je w stronę poszukiwania prawdy. Jeśli – dzięki spotkaniu z moją sztuką lub choćby rozmowie o niej – uda się przesunąć coś o milimetr, a może nawet zmienić czyjś los na lepszy, uważam to za ogromny sukces.
Obserwując rynek sztuki i sytuację na świecie, można odnieść wrażenie, że aktualnie stać nas głównie na gorzkie refleksje.
Michał Jackowski: Łatwiej jest kogoś przestraszyć i zasmucić niż pocieszyć lub rozweselić. Z jednej strony mamy sztukę, która niesie nadzieję i jest jak światło. Ale istnieje też sztuka bez nadziei. Moim tłem jest chrześcijaństwo. Nie cierpię relatywizmu i zawsze będę miał pogląd, że jest dobro i zło. Malarstwo Beksińskiego, mimo że świetne warsztatowo, jest dla mnie sztuką bez nadziei. Nie beznadziejną, ale bez nadziei. To świat, który nie daje nawet promienia jasności. Artyści potrafią w atrakcyjny sposób pokazywać ciemną stronę rzeczywistości. Jeden robi to, aby wyrzucić z siebie przykre doświadczenia. Inny przestrzega przed czymś odbiorcę. Kolejnego boli, jak bezrefleksyjnie zanurzamy się w lukrowanym świecie. Różne są intencje.
Zazwyczaj ciężko jest nam rozmawiać o niewygodnych sprawach.
Nawet trudną rozmowę można przeprowadzić w przyjemny sposób. Świadomie wybrałem atrakcyjną estetykę antyku jako język powszechnie zrozumiały. Lubimy piosenki, które znamy, a starożytna Grecja to znajome odniesienie. W przypadku mojej twórczości antyk jest przynętą na haczyku, bo przecież łatwiej zbliżyć się do sztuki, która jest piękna. Najpierw wabię odbiorcę, a potem staram się zadać mu trudne pytania.
A więc też uprawiasz pewną grę z odbiorcą…
Michał Jackowski: Seria rzeźb Antique Games zrodziła się z przeświadczenia, że relacje między ludźmi nie zmieniają się od wieków. Od zawsze gramy w te same gry. Zmieniają się scenografia i narzędzia, ale ciągle odpowiadamy na te same pytania. Nie mówię o kwestiach nauki, a o tym, co najważniejsze między nami. Czym jest dla mnie miłość? Czy akceptuję drugiego człowieka, takim, jakim on jest? Na ile moja relacja jest głęboka i prawdziwa? Czy patrzę drugiemu człowiekowi w oczy? A może, mimo tego że coś nas skleja, spoglądamy w przeciwnych kierunkach? Czy tylko wysysam drugą osobę, czy daję jej coś od siebie? Na ile jestem narcyzem? Czy liczę się z tym, że ktoś powie prawdę na mój temat? Czy potrafię ją przyjąć? Jaki mam stosunek do pieniędzy i dóbr materialnych? Gdzie jest granica mojej satysfakcji? To są pytania, które coś zmieniają i staram się takie dylematy wynajdywać. Niezależnie od czasów, zawsze byliśmy ludźmi rozdartymi pomiędzy cielesnością a transcendencją. Pomiędzy tworzeniem relacji a egoizmem. Wierzę, że każdy z nas ma jednak dostęp do prawdy. Jeśli tak jest, to trzeba jej szukać i o nią walczyć.
Zacząłeś od postawienia tych pytań sobie?
Michał Jackowski: Tak, generalnie rzeźbię siebie… Nawet jeśli wiemy, gdzie jest prawda, często ją pomijamy. Wsobność, przyjemność, narcyzm skłaniają nas, aby jej nie wybrać. Najłatwiej złamać kontrakt z samym sobą. Jesteśmy zanurzeni w mnóstwie spraw. Nie rzucimy wszystkiego, żeby zostać mędrcem i filozofem siedzącym nad pustą miską. Trzeba jednak znaleźć czas i miejsce na umysłową higienę. Mam nadzieję, że taką okazją i symbolicznym przystankiem na drodze będzie moja sztuka. Ktoś kupił rzeźbę Fast Food, żeby przechodząc obok niej codziennie sprawdzać, czy na pewno świadomie przygotowuje swój mentalny posiłek.
Jacy twórcy zatrzymali Ciebie na dłuższą chwilę?
Michał Jackowski: Moimi mistrzami są zarówno twórcy współcześni, jak i ci z minionych wieków. Czerpię od Roberta Indiany, który pytał w swoich LOVE, HOPE o wielkie wartości. Inspiruje mnie dowcip Claesa Oldenburga i jego popartowskie motywy zaczerpnięte z masowej kultury. Cenię Roya Lichtensteina za komiksowe zwierciadło problemów społecznych, ale mam też w pamięci i sercu Michała Anioła, który tchnął w marmur psychologiczny wymiar człowieka, Berniniego, za jego barokowe szaleństwo i maestrię pracy z marmurem, Canovę za delikatność i powrót do mitu greckiego. Wreszcie najbliższego nam Mitoraja, który przekazał pałeczkę inspiracji antykiem mojemu pokoleniu. Czuję, że to ważne by kontynuować sztafetę, pozostając zanurzonym w korzeniach, a jednocześnie wypuszczając własne gałęzie ku przyszłości.
W albumie „W kręgu życia” pisałeś: praca z gliną to wędrówka z niewyraźną mapą, rzeka brązu nie zawsze płynie pokornie, marmur to odejmowanie. Z jakiego materiału rzeźbisz siebie? Jesteś plastyczny niczym glina, niepokorny jak brąz czy raczej jak trudny do ociosania marmur?
Michał Jackowski: Myślę, że wszystkie te doświadczenia są obecne w człowieczym losie. Bliżej mi do marmuru, bo wiem kim jestem i czuję wartość tego, co się wokół mnie wydarza. Nie zmienia to faktu, że pozostaję otwarty i czujny. Nie chcę stwardnieć jak kamień i zapiec się w swoim celu. Chcę pozostawić w sobie przestrzeń na refleksję, krytykę i zmianę.
I do tego samego prowokujesz innych. Nawiązanie szczerej rozmowy nie jest dziś łatwe.
Michał Jackowski: Kiedy uda się być sam na sam jest łatwiej. Ale pamiętam wiele momentów z targów sztuki i wystaw na świecie, gdzie ludzie chcieli rozmawiać i konfrontować moją sztukę ze swoim doświadczeniem. W 2017 roku na Biennale we Florencji najwięcej dyskusji, wręcz kłótni, miałem przy rzeźbie Yesterday. To popękana głowa Afrodyty, której towarzyszy fragment tekstu piosenki zespołu The Beatles: Yesterday love was such an easy game to play…
O co się kłóciliście?
Michał Jackowski: O pytanie, czy miłość jest uczuciem.
A czym? Grą?
Yesterday love was… Skupmy się na tym… Miłość była, miłość jest, miłość będzie?
Miłość powinna być czymś nieprzemijalnym…
Michał Jackowski: … jak Afrodyta, która była, będzie i jest boginią! Czy można mówić o miłości, że ona BYŁA? I dodać: ŁATWĄ GRĄ? To jest sprzeczne z istotą miłości! Kiedy rozbijasz pojęcie miłości, ona pęka. Dlatego najpierw wyrzeźbiłem twarz Afrodyty, potem rozbiłem ją, żeby na końcu skleić. Czy można więc powiedzieć, że miłość jest uczuciem? Czuję, że jestem głodny, jest mi zimno, po chwili ciepło. W tym kontekście uczucie jest zmienne, nie pasuje więc do miłości.
Więc czym, Twoim zdaniem, jest miłość?
Michał Jackowski: Miłość jest obietnicą. Kiedy powiesz, że jesteś zakochana, to opisujesz stan tymczasowy. Ale jeśli mówisz kocham Cię, to się zastanów, bo to już obietnica. I jeśli pocałunek, akt wyprzedzają tę obietnicę, są dla mnie kłamstwem. Dopiero obietnica wiecznej miłości zmienia wszystko. Bo jest na dobre i jest na złe. Nie podlega dezaktualizacji, choć się zmienia. Dlatego tak ważne jest oderwanie od emocji, żeby się do tego świadomie przygotować i zbadać, czy chcesz obdarować daną osobę miłością. To jest ważny moment, a często zbyt błaho traktowany. Gdy już się stanie, o miłość trzeba dbać i stale ją pielęgnować.
Może pochopne obietnice wynikają z tego, że każdy chciałby kochać i być kochany?
Michał Jackowski: Raczej zakochany… Każdy chciałby być też kochany, ale czy każdy chce kochać? Nie musimy umieć kochać, możemy się tego nauczyć, ale najpierw trzeba chcieć. To są właśnie pytania, które coś zmieniają, a nawet wywołują kłótnie przy rzeźbie (śmiech). Widziałem jak pary podczas takich rozmów, jakby dla potwierdzenia miłości, coraz mocniej się przytulały. Byli też ludzie samotni od których słyszałem: To nieprawda! Miłość przemija! Widać było, że noszą własne historie i zranienia.
Mówisz jak terapeuta.
Przecież sztuka jest terapią. Pytanie brzmi: czy ma być przyjemnie czy prawdziwie?
Tym samym doszliśmy do niewolników w różowych wstążkach. Zanim jednak porozmawiamy o projekcie Slaves of Pleasure, zapytam o kolory. Wiemy, że antyk był barwny. U Ciebie róż wydaje się ważny.
Michał Jackowski: Róż to radość, przyjemność, ale też lukier, oblepiająca słodycz. Traktuję go całkowicie poważnie, jak symbol. W projekcie Slaves of Pleasure, który przygotowałem na wystawę Nord Art, używam różu do opowiadania o odwiecznym pościgu za przyjemnością. Przyjemność sama w sobie nie jest zła, ale już to, jak jej używamy ma olbrzymie znaczenie. Czy korzystamy z niej do budowania relacji? Czy patrzymy sobie w oczy, czy wręcz przeciwnie? Dwie wersje rzeźby Sticky Pink zmieniają jej odbiór i znaczenie. Możemy być sklejeni tylko tyłem i rozciągać tę gumę do granic możliwości, a możemy wygiąć się w łuk i popatrzeć sobie w oczy.
Jak narodził się pomysł na projekt Slaves of Pleasure?
Michał Jackowski: To był trudny dla mnie czas, bo miałem dwie operacje kolana. Leżąc unieruchomiony, wracałem do swoich idoli. Przypomniał mi się Michał Anioł i jego niedokończone rzeźby niewolników, które tworzył na nagrobek papieża Juliusza II. Czy wyglądają jak jeńcy? Są piękni i sensualni. Patrząc na nich, pomyślałem, że jesteśmy współczesnymi niewolnikami. Najpierw pogoń za przyjemnością wyznaczała nam ścieżkę rozwoju. A teraz? Jesteśmy zwierzętami, które nie radzą sobie ze spowolnieniem ewolucyjnym. Kiedyś trudno było przejść obojętnie obok kupy sadła, bo przez kolejny tydzień mogłeś nie mieć dostępu do pożywienia. Dziś pożeramy delicje na zapas. Ciągle gonimy za nagrodą. Tu lajk, tam serduszko, a mózg domaga się więcej. Róż nas oplątuje, związuje, a my tego nie czujemy. Brak uważności wcale nie dziwi, kiedy wokół tyle rozpraszaczy, bazujących na słabej ludzkiej naturze. Slaves of Pleasure to videoart i opowieść o człowieku rozdartym pomiędzy cielesnością a duchowością, między własnym wnętrzem a poszukiwaniem relacji. Zaprosiłem do tego projektu tancerza, aktorów z Białostockiego Teatru Lalek i muzyków. Widzowie mogli oglądać postać, która zauważa coś przyjemnie różowego i zwabiona wchodzi do klatki. Daje się temu skrępować, owinąć w ciasny kokon przyjemności. Kiedy jedna postać jest zassana, wchodził kolejny człowiek…. I tak w kółko…
Czyli nie ma szczęśliwego zakończenia.
Michał Jackowski: To z jednej strony anatomia kuszenia, a z drugiej przestroga. Co jest dla Ciebie tym różem, tym kokonem, który sprawia, że tracisz wolność? Mam nadzieję, że refleksja widza może być szczęśliwym zakończeniem tego dzieła.
Świat doskonale wie, do czego nas przywiązać i czym zniewalać. Nawet telefon, który powinien być tylko narzędziem sprawia, że stajesz się ofiarą albo produktem. Jaki masz na to sposób?
Michał Jackowski: Lekiem są moim zdaniem relacje. Drugi człowiek jest nam dany po to, abyśmy nie zginęli. Gdzie był Adam, kiedy wąż gadał z Ewą? Była sama… Kiedy wyciągamy telefon i zaczynamy proces skrolowania? Najczęściej w samotności. Kiedy rozum śpi, budzą się demony. To są momenty, gdy dajesz się złapać w pajęczynę, zaczynasz taniec z przyjemnością i nie zauważasz, kiedy zamieniasz się w kokon. Druga osoba może być naszym stróżem – parakletem, może to być żona, brat, przyjaciel, pracownik…
Czujesz się zniewolonym artystą, uzależnionym np. od oklasków?
Michał Jackowski: Wszyscy chcemy być piękni, młodzi, sławni i bogaci. To nic nowego. Oczywiście, chciałbym wierzyć, że na początku rzeźbię dla siebie, inaczej nie miałoby to sensu. Stawiam te wszystkie pytania najpierw sobie, a potem odbiorcy. Z drugiej strony jest to moja praca, którą mam zapewnić byt sobie i rodzinie. Jestem powołany do tego, żeby być mężem, potem, żeby być ojcem, w końcu rzeźbiarzem. Dokładnie w tej kolejności.
Jeśli artysta musi być też sprzedawcą, menadżerem, tragarzem i negocjatorem, trudno mówić o wolności i radości tworzenia…
Michał Jackowski: Oj tak, bywa, że jest to totalna schizofrenia. Może się okazać, że znajdziemy wspaniałego marszanda i galerię, którzy to wszystko za nas zrobią, ale nie zawsze tak będzie. Ale jeśli artysta nigdy nie zaistnieje na rynku sztuki, to czy wartość merytoryczna jego sztuki się zmienia? Nie. Jeśli jednak chcę być artystą, ale też ojcem i mężem, który przynosi chleb do domu, nie mogę tylko siedzieć i tworzyć. BYwa, że przez pół roku właściwie nie odchodzę od klawiatury. Piszę maile, negocjuję, rozmawiam, bo wiem, że pewne rzeczy muszą się wydarzyć, żebym mógł za jakiś czas opowiadać o kolejnych pomysłach.
Komputer jest więc jednym z narzędzi pracy współczesnego Michała Anioła?
Michał Jackowski: Ludzie mają romantyczne wyobrażenie rzeźbiarza. A tak było od zawsze! Wystarczy przeczytać książkę o życiu Michała Anioła „Udręka i ekstaza”. Ile trzeba mieć kontaktów, ile rozmów odbyć, żeby rzeźba powstała… Michał Anioł musiał zorganizować drogę do kamieniołomu, żeby wydobyć marmur. Rzeźbienie jest wisienką na torcie. Nie ma reguły – to jedyna reguła. Moda się zmienia i za moment co innego przykuje uwagę publiczności. Jedyne, co jest w tym wszystkim trwałe, to porozumienie z samym sobą. Świadomość, że nie podążasz za modą, ale wiesz co robisz i po co.
Jednak jesteś Michałem Aniołem XXI wieku…
Michał Jackowski: Przeszedłem klasyczną szkołę rzeźbienia: od młotka, dłuta i gliny, poprzez narzędzia typu młotek pneumatyczny, kątówka, aż po współczesne technologie. To, jaką drogą dochodzi się do narzędzi ma olbrzymie konsekwencje. Mogłem doświadczyć starego świata, a dziś jestem na tyle otwarty, że sięgam po współczesne możliwości. Fascynuje mnie to, jak nowe technologie ułatwiają nam życie, ale jestem czujny, bo każde narzędzie ma swoje ograniczenia. Frezarką nie zrobisz ostrych podcięć. Żeby osiągnąć ten efekt, trzeba chwycić dłuto. Jak zrobi to rzeźbiarz XXI wieku, który nigdy dłuta nie dotknął? Wachlarz narzędzi jest bardzo ważny, żeby świadomie poszukiwać formy. To świetnie, jeśli ktoś umie wykorzystać maszyny CNC do osiągnięcia swojego celu. Gorzej, jeśli okazuje się, że jego projekty są jakieś tylko dlatego, że posługuje się nieświadomie takim, a nie innym narzędziem.
Powiedziałeś w jednym z wywiadów: biorę antyk, by iść dalej… Dokąd idziesz i kim chcesz być jutro?
Michał Jackowski: Nawiązujesz do tytułu wystawy „Kim chcesz być‑jutro”. Przede wszystkim sobą! (śmiech) To w zasadzie nie jest moje pytanie, bo zadaje je na końcu jednej ze swoich książek Juwal Noach Harari. Kieruje je nie do jednostki, ale do całej cywilizacji. Mamy już tak demiurgiczne możliwości, że jeśli nie odpowiemy sobie dzisiaj, kim chcemy być jutro, to jutro stworzy nas takimi, jakimi być może wcale nie chcemy być.
Zamiast dać się lepić jak glina, warto zadać pytania prowadzące do prawdy. Niech ona będzie tym narzędziem, które nas obrabia i wykuwa takimi, jakimi chcemy być.
Podczas uroczystości wręczenia Nagrody Artystycznej Prezydenta Miasta Białegostoku powiedziałeś, że twoim największym dziełem jest rodzina. Można powiedzieć, że jesteś spełniony?
Michał Jackowski: Tak. Otaczają mnie ludzie, których kocham z wzajemnością. Zawodowo zawsze będzie wiele do zrobienia, ale w życiu trzeba też umieć przygotowywać się na odejście.
Można się na to przygotować?
Michał Jackowski: Warto żyć w zgodzie ze sobą i nie odkładać ważnych rzeczy na emeryturę. Balans czuje się wtedy, kiedy wiesz, że na tyle, na ile możesz, jesteś w kontakcie z tym, co dla ciebie najważniejsze. Oczywiście, zawsze możesz być lepszym ojcem, mężem, szefem lub pracownikiem. Rozwój nie ma końca. Wydaje mi się, że warto żyć z kompasem, a nie z zegarkiem w ręku. Myślę, że będziemy rozliczani z kierunku, a nie z tego, ile czasu biegliśmy i ile kilometrów zrobiliśmy. Nawet jeśli błądzisz, to znaczy, że chcesz gdzieś dojść. Nie jesteśmy doskonali jak bogowie.
Przytoczony przez Ciebie Harari twierdzi, że już się nimi stajemy.
Michał Jackowski: Tak, ale tylko w sensie technokratycznym. Moralnie i duchowo wciąż jesteśmy w tym samym miejscu gdzie Kain i Abel. Mimo że wiemy coraz więcej, owoc zerwany z drzewa wiedzy wcale nas nie rozwija. Daje tylko wieczne niezaspokojenie, pokazuje ograniczenia i możliwości. Nie zapewnia satysfakcji. Nie mówi jak żyć, żeby kochać. Wracając do poczucia spełnienia – oczywiście, chciałbym robić projekty w skali urbanistycznej, wpływać rzeźbą na przestrzeń. Cieszę się, że w Białymstoku, dzięki prywatnemu darczyńcy, pani Joannie Szymańskiej‑Kok, stanęła moja rzeźba Sticky Pink – OBIETNICA. Każdy artysta marzy, żeby wpisać się w historię sztuki i świata. Ale czy na łożu śmierci ktoś zastanawia się nad tym, dlaczego nie zrobił jeszcze jednej wielkiej wystawy? Relacje są dla mnie najważniejsze i z nich wywodzę całą resztę. To moja sztuka życia.
Dziękuję za wspólny spacer po pracowni, ważne pytania i inspirujące odpowiedzi.
Michał Jackowski, www.instagram.com/jackowski_sculpture/
Michał Jackowski urodził się w 1978 r. w Białymstoku. W 2003 roku ukończył magisterskie studia artystyczne w Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie. Łączy formy klasyczne z elementami współczesnych doświadczeń, będących wytworem kultury konsumpcyjnej i postkonsumpcyjnej, a szczególnie amerykańskiego pop‑artu. Zarówno w kompozycjach składających się na główną, realizowaną od 2017 roku serię pt. „Antique Games”, jak i w seriach dzieł limitowanych – jak prace prezentowane tylko raz na wystawie w Muzeum Rzeźby Alfonsa Karnego w Białymstoku w 2022 roku w zbiorze pt. „W kręgu życia” – artysta zadaje pytania o najistotniejsze wartości w życiu człowieka: o jego kondycję we współczesnym świecie, związki przeszłości z teraźniejszością, o relacje międzyludzkie i ich jakość. Poza Polską wystawiał we Florencji, Rzymie, Como, Zurychu, Basel, Londynie, Miami, Bergamo, Mediolanie i w Büdelsdorfie. Jest laureatem nagród artystycznych, w tym: na Międzynarodowym Biennale Sztuki we Florencji (dwie nagrody) 2017; na Targach Artrooms Awards Competition London (nagroda ARTLOVE UK i Vastari Museums Platform) 2019; na Targach Artrooms Roma (Premio Umberto Mortari i nagroda of 11 HELLHEAVEN ART GALLERY) 2019; nagroda Artystyczna Prezydenta Miasta Białegostoku za całokształt dotychczasowej twórczości 2020. W 2022 roku został nagrodzony Nagrodą Publiczności na NordArt 2022 w Büdelsdorfie.

Anna Lewczuk
Dziennikarka i redaktorka z kilkunastoletnim doświadczeniem, moderatorka eventów branżowych Laboratorium Dobrej Marki. Wierzy, że od każdego rozmówcy można się czegoś nauczyć. W wolnych chwilach tka albo przemierza ukochane Podlasie i biebrzańskie bagna, zatrzymując w kadrach wszystko, czym się zachwyci.
Czytaj również: Dzieła sztuki do domu – jak je wybrać i zaprezentować?







































